n0str0m0

tr.pikaNTnie

piątek, wrzesień 19, 2008

CHCE POWROTU ZIMNEJ WOJNY

Ja. Ten co wiecie, sie sprzeciwial. Rewiduje swoja opinie dzis, i calym sercem popieram. Wojne. Zimna.

Kto chce tlumaczenia, niech czyta. Kto nie, to moze sobie pojsc do kina na ten film. Co to go jeszcze nie widzial. A ja brne.

W tlumaczenia.

Zaraz bedzie 20 lat od czasu, gdy Zwiazek Socjalistycznych Republik Radzieckich przegral ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki Polnocnej. Na punkty przegral, bez jednej kulki wystrzelonej. Czy ktos z was gral w Call of Duty? Ja gralem. Wczoraj. W pojedynku miedzy dwoma strzelaczami mozna wybierac rozne opcje. Jedna z nich jest "OBRONCA". Obronca zastrzelony przez przeciwnika pada... detonujac ladunek wybuchowy. Zawodnik nieuwazny, potrafi po zastrzeleniu Obroncy pasc ofiara takiego wlasnie posmiertnego ataku. Dynamitem. Trotylem. Prochem. Acha, tam na punkty nie mozna wygrac.

Od poczatku wiedzialem, ze to zly przyklad.

Konczy sie druga dekada bez sowietow. Skad to, skad? Skad porownanie do Call of Duty? To troche przez grype i syrop kodeinowy. A troche przez to, ze chodzili dookola siebie dwaj zawodnicy i tak groznie sie stroszyli i tak groznie na siebie warczeli i takie spojrzenia miotali.

Ale obaj zyli.

Ruski padl jednak, ciosem z Ray Guna wykonczony. Padl jak kawka i rozpuknal sie na czesci. Czlek jednak glupi jest a jeszcze bardziej czlek amrykanski. Miast nauki wyciagac, tanczyc nad trupem zaczal.

Przewidywac mozna najgorsze.

Amerykan bulknie. Rozpuknie sie ze szczetem. Ruski wstanie jak zawodnik w grze komputerowej - po nowe zycie. Amerykan dostanie minuty karne za samobojstwo. Rusek bedzie sie szarogesil. Teraz on bedzie mial dwadziescia lat na rozpukniecie sie, a przeciwnik na powstanie z kolan.

Wykres matematyczny dwu sinusoid mi sie pojawil na chwile przed wyobrazni okiem. Oscylator wyimaginowany. Jakby tak zgrac je na powrot w fazie, jakby tak fale stojaca uzyskac? Wytlumic i wyposrodkowac? Ameryke z ludzka twarza miec i ruskow z taka sama tez?

Po plecach przebiega mi dreszcz.
To tylko grypa. Wracam do wyra.

poniedziałek, sierpień 25, 2008

TAF NEGOSZJESZONS czyli wpis o NADZIEI

Z doskoku, boc to sezon kanikuly, sledzilem wydarzenia ostatnich tygodni. Z tego co widzialem, wyszlo mi, ze sojusznik w walce z terrorem posluchal jednej rady za duzo i skutecznie sprowokowal niedzwiedzia. Zaplacili za to cene gruzini, zaplacili osetyjczycy, abhazowie... zaplacilo i PO.

Z duza radoscia, kabareciarskimi plasami pro-narkotuskowej prasy spowodowana, obserwowalem falszywa radosc z nagle zakonczonych negocjacji w sprawie tarczy. Tej samej, ktorej "ich czlowiek w warszawie" mial nie zatwierdzic. Tej samej, ktora nieporadek sabotowal z szelmowskim usmiechem. Tej to wlasnie tarczy, ktorej nagle, w strachu okrutnym, widmem wojny strzelanej kulkami z kalacha spowodowanym, sie rzad PO uchwycil.

Nie jestem swinia na codzien, ale przy takiej okazji sobie nie odmawiam. Kazda probe dziennikarskiego przedstawienia tego porozumienia jako sukcesu PO obdarowywalem piekielnym chichotem. "Noooo..." produkuje sie dziennikarz na ekranie "ale PO wywalczylo, WYWALCZYLO dla nasz te patryjoty!". A ja na to "Paciorki i perkalik, prosze pana, ze sciegiem na okretke, bo przeciez glownie o TARCZE chodzilo i chodzi, a nie pazlotka i gzymsy ornamentalne... Strach przed ruskim wam dupsko scisnal... Jak trwoga to do Boga...". Tu sie lekko opamietalem, bo przecie pan z ekranu nic nie uslyszal, a dalej swoje trabil. Wlasnie opowiadal jak to "Niewiadomo kto z kim i gdzie bedzie podpisywal" na co znow mnie trafilo i nie omieszkalem ripostowac, ze "To nie byly negocjacje a gra na zwloke do Swiety Nigdy... Nie ma dziwne, ze do podpisywania zupelnie nieprzygotowani, przeciez tego mialo nie byc."

Glupawka trwala dalej. Stawka wieksza niz zycie stalo sie dla narkotuska i PO takie ustawienie podpisania cyrografu by Kaczynskiego pograzyc lub obrazic. A najlepiej i pograzyc i obrazic. Jednoczesnie. "Ten pan sobie MOZE tam przyjsc" rzucila kolejna jetka jednodniowka z ekranu. "Czekaj szmato" perrorowalem "zobaczysz kto bedzie sie smial ostatni, gdy Condie zazyczy sobie tego pana, bez ktorego tarczy by nie bylo..."

Czy juz mowilem, ze jestem przeciwnikiem tarczy? Za dygresje przepraszam, to nie ma nic do rzczy.

Szybciej niz mozna powiedziec CZARYMARY nadejszla wiekopomna chwila. Podpisali. Staneli. "Powiem cos w jezyku linguicz do szanownej pani" rzucil narkotusk. Powiedzial. W linguicz. "Uelkom ewrybady. Ze negojszeszons uer taf. Senkju.".

I w tym momencie zamarlem z wrazenia. Zupelnie na serio i bez szyderstwa. Przeciez to genialne jest, narkotusk jest genialny i w ogole wszystko rzuca na kolana. Lata pieprzenia bez sesu. Hektary plotna prezydialnego. Hektolitry kawy i tony tytuniu. Wyjazdy w delegacje. Zbieranie kworumow. Glosowania tajne i kulkami. Tupanie nozka. Obraza i plecowe poklepywactwo. Klasyczna rozpierducha. I koniec. I podpisanie. I sukces.

SUKCES.

Jakze wiec nie spogladac z nadzieja ku EURO 2012? Precedens ustalony. Lata pieprzenia o budowaniu stadionow? Phi... nie ma sprawy. Na tydzien przed zawodami zrzuci sie wine na "tego pana co to sobie moze przyjsc albo nie". W dzien otwarcia wywiezie sie druzyny gdzies pod Mlaciny Dolne do lasu na polane, bramki z palikow jakich sie skleci... wyjdzie narkotusk i powie:

"UELKOM EWRYBADY".

I bedzie klawo. Senkju.

sobota, lipiec 26, 2008

NOWY, CZAROWNY SWIAT

Podchodzi do ciebie czterech zamaskowanych. Nie widzisz ich twarzy. Widzisz tylko blyszczace wrogo oczy tchorzliwych oprawcow bez twarzy. Katow.

***

SALUTOWANIE

Forma pozdrowienia, wedlug niektorych zrodel wywodzaca sie z gestu reki otwierajacej wizjer helmu w czasie powitania dwu rycerzy przyjaznych sobie, lub stajacych w szranki "z otwarta przylbica".

***

Przygniataja cie do ziemi wsrod skandowanych komend. Wiesz, ze jestes w rekach fachowych oprawcow. Nie improwizuja, sa doskonale wycwiczeni. Dwu z nich krepuje ci rece, dwu spina ci kajdanami nogi. Na glowe wciskaja ci smierdzacy moczem kaptur. Tracisz orientacje.

***

BIALA FLAGA

Symbol gotowosci zawieszenia dzialan wojennych.

***

Lapia cie pod pachy, wleka po ziemi zdzierajac ci skore z kolan. Przewracaja na wznak. Przwiazuja do deski. Najpierw rece, potem nogi. Nie zadaja pytan. Nie sluchaja twych blagalnych krzykow. Pod worek wciskaja ci szmaty. Zaczynasz sie dusic. Przechylaja deske nad studnia pelna wody. Zaczynasz sie zsuwac.

***

PARLEY

Dyskusja lub konferencja pomiedzy stronami zbrojnego konfliktu.

***

Kaptur przygnieciony woda do twarzy nie zatrzymuje wody. Wlewa ci sie ona do uszu, glowe wypelnia ci gluchy szum. Serce wyrywa sie z piersi w galopujacej adrenalina arytmii. Goraczkowo walczysz o kazda jote stechlego powietrza. Mokra szmata klei sie do twarzy. Najostatniejszy lyk powietrza... i koniec.

***

KONWENCJE GENEWSKIE

Zbior praw regulujacych sposob traktowania wiezniow wojennych.

***

Wiesz, ze nie uda ci sie utrzymac powietrza w plucach dlugo, ale jakbys sie nie przygotowywal do tego i trenowal, szamotanina, adrenalina i szalone panika serce nie pozwalaja ci na planowane dwie minuty bez oddechu. Wytrzymujesz dziesiec sekund, ktore przypominaja ci wiecznosc. Kaszlesz i wciagasz do pluc to co jest. Mokra szmata w ciemnosciach pod woda dziala tak samo jak lyk wody prosto w pluca. Woda wlewa sie do nosa. Zaczynaja sie konwusje. Toniesz.

***

JONATHAN FREDMAN, prawnik CIA

"Jesli wiezien umrze, to znaczy, ze cos spartoliliscie. Wszystkie inne chwyty dozwolone."

***

Deska podnosi sie. Poczatkowo tego nie zauwazasz, cialem twym targaja spazmy. Jestes bliski a moze nawet masz atak serca. Spod kaptura ktos wyszarpuje ci szmate. Zanim zdejma ci sam kaptur wymiotujesz do niego zolcia.

***

JOHN ASHCROFT, byly naczelny prawnik rzadu USA

"Symulowane topienie ludzi nie jest tortura"

***

Jesli nazywasz sie Abu Zubaydah - bedziesz topiony dziesieciokrotnie w ciagu jednego tygodnia.

***

MIEDZYNARODOWY CZERWONY KRZYZ

Ostrzegl w tajnym raporcie rzad USA, ze metody stosowane przez CIA sa tortura i jako takie moga doprowadzic do uznania Georga W Busha i innych przedstawicieli rzadu USA za zbrodniarzy wojennych.

piątek, lipiec 25, 2008

OFIARA

Niczym kiespki zart o sowieckim samobojstwie (gdzie Sasza strzelil sobie w leb 39 razy) brzmi historyjka ta. Byla sobie LaVina. Zaciagnela sie do Marines. Pojechala do Iraku. Wrocila w cynowej puszce. Zalutowanej na fest.

Historia do tej pory raczej normalna. Rodzice otworzyli drzwi, zobaczyli zolnierza w paradnym mundurze i... juz wiedzieli. Kolejna ofiara wojny. Kolejna ofiara nieludzkiego terroru. Wszystko byloby jak nakazuja dobre maniery, gdyby nie pytania jakie zadawali. Ci rodzice.

- JAK ZGINELA?
- Samobojstwo - odpowiedzial zolnierz krotko.
- Chcemy wiedziec wiecej.
- Niczego wiecej sie panstwo nie dowiecie. Tajemnica.

To slowo przesladowalo rodzicow dlugi, dlugi czas. Powolywali sie na prawo, zatrudniali adwokatow, mijaly dni. Ktos w koncu sypnal - w rece rodzicow trafil CD-ROM ze zdjeciami LaViny. Pobitej, z podbitym okiem, genitaliami spalonymi kwasem, z krwia tamze, spalonymi dlonmi, zlamanym nosem i kula w glowie. Praworeczna LaVina z dziura w lewej skroni. Znaleziona w kwaterze "cywilnych kontraktorow".

Pisalem juz kiedys o cywilnych kontraktorach. Najemnikach. Psach wojny. Firmie Blackwater. Tych samych gosciach co "wspomagali" wojsko w ataku i pacyfikacji Iraku, przesluchaniach i torturach w Abu Ghraib. Pisalem o ich braku lojalnosci do kraju i flagi, braku skrupulow, kodu moralnego, o immunitecie chroniacym ich od odpowiedzialnosci za zbrodnie w Iraku, o ich fachowym zabijaniu za pieniadze...

Oczywiscie moge sie mylic, bo nie ma zadnych dowodow na to, ze LaVine brutalnie zgwalcili i zamordowali. Jak w tym sowieckim dowcipie, najprawdopodobniej zrobila to sobie sama.

sobota, lipiec 19, 2008

50 MILIARDOW DOLAROW I WSZYSTKIE ZLOZA ROPY W IRAKU

Kto mi tu jeszcze podpadl… Pan Piotr Wolejko.

W jednym ze swoich komentarzy na Salonie24 (pod postem do milowania USA wzywajacym) napisal takie oto zdanie:

“Mój pogląd jest taki, że świat bez Saddama jest lepszy, natomiast popełniono wiele błędów w przygotowaniu i przeprowadzeniu operacji irackiej. Jestem pewny, że gdyby teraz w Iraku było spokojnie, wszyscy gratulowaliby Stanom i wynosili Busha pod niebiosa.”

OK, dwa zdania. Jedno wielkie lgarstwo. Bo co ma do rzeczy swiat bez Saddama? Jetkom jednodniowkom politycznym (do ktorych pana Piotra nie zaliczam) przypominam, ze glownych powodow propagandowych do wojny z Irakiem bylo… JEDEN. Saddam mial (wedlug prowojennych propagandzistow) BRON MASOWEGO RAZENIA wycelowana w kraje zachodnie (z gwarantowana mozliwoscia ataku w 45 minut).

Ktokolwiek sie z ta teza nie zgadzal to albo szedl do lasu na spacer jak David Kelly (jetkom wyzej wspomnianym przypominam, ze David byl ekspertem w temacie zapoznanym i zaprzeczal istnieniu BMR w iraku - czyli mial racje. a ze spaceru wrocil w trumience). Albo byl kapowany przez bialy dom jako szpieg CIA (Valeria Plame). Albo byl zakrzykiwany przez busza i kondolize, ktorzy na przemian uzywali tych samych slow. “Nie ma dowodu na jego BMR? A co, chcecie by dowodem na to byla chmura w ksztalcie grzyba???”

Gdy na jaw wyszlo wielkie “broniowe” lgarstwo, gdy przez Irak przetoczyla sie smiertelna maszyna wojenna, gdy busz zataczajac sie z radosci szukal BMR pod stolikiem przy wodeczce - zaczeto wymyslac owej inwazji powody “w opakowaniu zastepczym”.

Byly wsrod nich te o zlym Saddamie (ktory propaguje w swych tekstach pan Wolejko) byly i te o promocji demokracji w Iraku, byly i te, ze z terrorystami nalezy walczyc i czesc. Nawet nie chce mi sie dyskutowac z nimi czy udowadniac, ze w iraku sa irakijczycy gotowi umrzec za wolnosc wlasnego kraju. Pies morde powodom zastepczym lizal.

Dzis, gdy obluda nikomu juz nie jest potrzebna, przechodzi sie do konkretow. Ameryka zada od Iraku zgody na kolonizacje. Ugoda ma zapewnic ameryce wieczna obecnosc wojskowa, immunitet od zbrodni i mozliwosc atakowania kogokolwiek z terytorium Iraku. Wolnosc? Oczywiscie mozliwa, pod warunkiem, ze cena zostanie przez irakijczykow zaakceptowana.

50 MILIARDOW dolarow jest czescia tej tranzakcji. To sa pieniadze irackie, zatrzymane przez ulegle rzadowi usa banki zachodnie. Na jakiej podstawie prawnej? Dekret prezydencki (Executive Order) z czasu podpisywania wszelkich swistkow nadajacych wojnie z Irakiem pozory prawa. Dekret ow mowil o przejeciu WSZYSTKICH dobr irackich (by miec z czego odbudowac kraj zniszczony rzadami zlego Saddama).

Wszystkie zloza naftowe rowniez zostaly skonfiskowane. Chca je irakijczycy odzyskac - musza zapomniec o niepodleglosci? No to jak… porozmawiamy?

Porozmawiali.

Przypomne, ze nacjonalizacja ropy w regionie byla zwyciestwem calego kraju i uznawana byla powszechnie jako symbol wyzwolenia sie spod kolonialnego jarzma. Pare dni temu, post-demokratyczny rzad Iraku podpisal akt reprywatyzacji zloz ropy, oddajac koncernom wskazanym przez amerykanskich konsultatnow… nie… nie 49% zloz. nawet nie 51%. Okolo 70% ropy oddano w rece konsorcjow preferowanych przez okupanta.

Podobno irakijczycy osiagneli sukces. Pewnie tak. Pozbyli sie zlego Saddama, nawet nie wszystkich przy wyzwalaniu zastrzelono, a ci co przezyli nie musza sie nawet z Iraku wynosic. Panu Piotrowi Wolejce przypomne, ze taki scenariusz w wykonaniu drobnych rzezimieszkow nazywa sie bandyckim napadem z bronia w reku, morderstwem i wymuszeniem.

On wydaje sie tym nie przejmowac. Woli pisac bajeczki o tym co by bylo gdyby.

Zamiast.

poniedziałek, lipiec 14, 2008

WYRAZAM SMUTEK Z POWODU SMIERCI GEREMKA

za dlugo kazal nam czekac.

czwartek, lipiec 10, 2008

SZCZOTKI W ODBYTNICY I ZDEPTANE JADRA

"Faszyzm zaczyna sie, gdy grupe zakompleksionych, podlych ludzi przekona sie o ich wyzszosci. Potem nastepuje masowy mord."

Te slowa Kurta Vonneguta Witoldowi Repetowiczowi (EUROPA21) dedykuje.

Charles Manson mi sie przypomnial, ten ktoremu kare smierci na dozywocie zamieniono. Za co go na tak okrutna kare skazano? Za niewinnosc. Sam nikogo nie zamordowal. Rak krwia skalanych nie mial. Mowil tylko, co wedlug niego myslec inni powinni i co stac sie ma. Przywodca kultu. A dla sadu - morderca.

Pan Repetowicz sam nikogo szczotka w odbyt nie gwalcil (zakladam). Z Charlsem Masonem ma jednak wiele wspolnego. Nawoluje bowiem do akceptacji zbrodni. Ze swada i widoczna radoscia opowiada nam o sposobach i metodach tortur, jednoczesnie wmawiajac czytelnikom, ze sa przeciez lepsi... wiec im wolno. A jesli ten argument nie zadziala, to wypada plebs potraszyc kolejnym atakiem samolotami w budynki - i juz nie tylko wolno ale nawet potrzeba (wedlug pana Witolda Repetowicza, promotora przemocy na bezbronnych).

Przemoc na bezbronnych - gdy raz sie zacznie... kto wie gdzie, kiedy i czy w ogole sie zatrzyma? Skoro mozna torturowac wiezniow w Abu Gharib (mialem milczec, ale przypomne, w wiekszosci byli to drobni kryminalisci zlapani w tlumie szabrujacym "wyzwolony" Bagdad), skoro mozna torturowac wiezniow w Guantanamo (taksowkarze i ofermy co sie daly wziasc w lapankach - ktorym zarzutow formalnych prokuratura wojskowa nie moze postawic od lat), to czy nie mozna skuc w kajdany, podlaczyc jader do pradu osobie ktorej z oczu zle patrzy? A co zrobilby taki promotor tortur, gdyby sie dowiedzial, ze u mnie na scianie wisi portret Saddama? (Nie wisi, ale moge zaczac sie rozgladac za takowym). Pan Repetowicz wlasnie to mial do zarzucenia islamskim "terrorystom". Ze pogladami sa od niego odmienni. Pan Repetowicz wierzy niewatpliwie, ze kto sie z nim nie zgadza, zasluguje na gwalt kijem od szczotki.

Otoz ja sie nie zgadzam z pogladami pana Witolda Repetowicza. Co wiecej, uwazam jego poglady za chore, szkodliwe i potencjalnie tak kryminalne jak kryminalnym byly poglady Charlesa Mansona. Uwazam, ze za podzeganie do nienawisci, rasizmu oraz naklanianiu do akceptacji zbrodni panu Witoldowi Repetowiczowi nalezy sie sprawa sadowa.

No chyba, ze promocja faszyzmu jest juz dozwolona.

wtorek, czerwiec 17, 2008

FALSTART

Swiat obiegla wlasnie wiadomosc, ze Amerykanskie Malzenstwo (w Ameryce) wyciagnelo bledne wnioski z obserwacji rzeczywistosci. Sadzili bowiem, ze torturowanie topieniem, obezwladnienie elektrycznosia czy traktowanie mikrofalami sa czescia powszechnej, zdrowej, nowej Kultury Amerykanskiej. A problem mieli. Syn na buntownika im rosl. Niegrzeczny byl - czyli w jezyku Prezydenckim stanowil "bezposrednie zagrozenie" dla ich podstawowej komorki spolecznej. Co wiec zrobili? Nic takiego w sumie, nawet nie wsadzili mu glowy pod wode na pare minut. Nikt mu nawet oka nie wybil, o obnazeniu i gwalcie nie wpominajac. Po pysku nie obili. Rak do kostek nie przywiazali "w pozycji dyskomfortowej". Lampa snu nie utrudniali. Nawet do pradu go nie podlaczyli.

Ot, do drzewa przywiazali w ogrodku i zostawili na noc.
Syn im rano umarl.

Zupelnie niewiadomo dlaczego, bo przeciez nawet wymienione wyzej "tortury" to zadne tortury, tylko takie tylko "mocniejsze naklanianie do wspolpracy" jest. Niestety, policja nieludzka jakas sie w Ameryce zrobila i zamiast rodzicom wspolczuc, tudziez udzielic paru fachowych porad, zlapala ich i do aresztu wsadzila. Sedzia zas nie wyznaczyl kaucji, wiec na proces doprowadzeni beda z celi w zelazo zakuci.

Coz. Co wolno Prezydentowi, to nie tobie, Ameryko.

JESZCZE nie.

sobota, czerwiec 14, 2008

"CHCIALEM ZABIC SEDZIEGO"

"tak premier Donald Tusk skomentował wczorajszy mecz Polska-Austria."

Taka oto notke znalazlem PRZYPADKIEM na portalu o obrzydliwej nazwie... Wahalem sie czy podac link, wychodzilo mi, ze jest to jak namawianie do perwersji. A wiec - lepiej milczec.

Co do notki jednak, samej w sobie. W pierwszym momencie nie uwierzylem. Bo portal ow namiestnikom zreinkarnowanej PRL bardzo jest przychylny. Skad wiec nagle to obnazanie premierowskich instynktow kryminalem smierdzacych?

(Widac nie kazdy portal ma standardy tak wysokie jak salceson24. Nie kazdy na slowo agitujace ku morderstwu wzdraga sie, ze nie wspomne o wycinaniu czy chocby zniesmaczonym fuknieciu. Fuj!)

Portal, ktorego nazwy nie wspomne, nie od macochy jednak i swoj spryt posiada. Przyznanie sie do kryminalnych inklinacji nie obylo sie bez podparcia ich autorytetem Narodu. Tu nastepuje reszta cytatu:

"Kolejny powód by przyznać: Tusk to premier, który rozumie Polaków."

Abstrahujac od tego czy narkotusk naprawde rozumie polakow, zabieg wykonany przez niewymienialny z nazwy portal jest w swej konstrukcji piekny i wododszczelny jak rakieta, poliot i ruhla w jednym. Nie podoba sie wam narkotusk-morderca o mentalnosci kibola? SAMISCIE TACY.

Otoz wierutne to klamstwo i manipulacja. Jak-to? A tak-to. Dzis bowiem wnuk dziadka wyjasnil sprawe do konca (dowiedzialem sie z lektury pana Warzechy, co dowodzi jawnie, ze mam zly dzien i nie serfuje po grzbietach fal a sciagam sam szlam). Co pisze pan WaŁuk? Wedlug niego narkotusk chce matactwem, swinstwem i podstepem zaklamac wyniki referendum i pomimo zwyciestwa irlandczykow nad lizbona - traktat nielegalnie przeforsowac.

Ojejku. To przeciez stawia Donalda Tuska na rowni z Howardem Webbem. Obaj imaja sie kryminalnych metod by przypadkiem z gory przesadzonego wyniku nie zepsuli jacys pozal sie boze ludzie spoza ukladu.

Powtorze raz jeszcze za niewymienialnym portalem:

"Tusk to premier, który rozumie Polaków."
Rozumiem, ze pod oknami premiera ciagnie tlum z pochodniami, krwi irlandczykow zadny.

czwartek, czerwiec 12, 2008

O BOZE, A JAK WYGRAJA DEMOKRACI???

U sojusznika zamieszanie. To sie oficjalnie nazywa "demokracja" i odbywa sie raz na cztery lata, taki festiwal z duza iloscia dymu. Siwego dymu.

Przygotowania trwaly juz od ponad poltora roku, kandydaci na kandydata walczyli bratobojczo o nominacje z ramienia partii do ktorej naleza. No... chyba, ze sa bezpartyjni, wowczas nie walcza o nic. Doslownie, bo system amerykanski jest od sowieckiego rozny tylko deklaracja o posiadaniu dodatkowej partii. Jednej. Deklaracja, bo po pierwsze partia demokratow jest partia taka troszke na niby. I jeszcze deklaracja dlatego, ze ubieraja sie demokraci z republikanami u jednego krawca.

Co nie znaczy, ze raz na lata cztery atrakcji sobie nie dostarczaja. Ostatnie kilka tygodni przynioslo ich sporo. Obama versus Clinton. Ach, jakiez to byly emocje. Clintonowa, startujaca z pozycji medialnie namaszczonych, w koronach i gronostajach paradujaca zawiodla sie na glosujacych. A ze glupia nie jest - wiedziala, ze jej brak zgody na przegrana jest mocniejszy od jakiegos tam licznia glosow - to sie potencjalnej szansy zalapania na fuche chycila pazurkami tak mocno jak mocno sie jej maz prezydent kiedys tam czepial, z niedopietym rozporkiem idac w zaparte. Szanse bowiem, teoretyczne, na tak zwany "ticket" swojej partii Hilarka ma do dzis. Jej kampania kandydacka jest jak Stan Wojenny w roku 1983 - "zawieszona". Gdy... gdyby Obame przejechal autobus, kampanie sie odwiesi a na buzie pomarszczona nienawistnie powroci usmiech radosny.

Kto ogladal Hilarki mowe "zawieszjaca" wie o czym mowie. Dziekowala swym wyborcom z promiennym usmiechem. Popierala Baraka ze szczekosciskiem godnym buldoga.

Dowod tez nam dala na fikcje systemu dwupartyjnego. Dzis we wszystkich komentarzach rozwazana jest mozliwosc gremialnego przejscia popleczniko Clintonowej na strone MacCaina. On sam o tym z wyuczonym usmiechem opowiada. To ma byc dowod na istnienie jakichs partii? Nie sadze.

Barak Obama pierwsza czesc wyscigu wygral. Zaczyna sie szarza na Bialy Dom. Szarza, ktora szczerze mowiac czarny senator moze zupelnie skutecznie doprowadzic do konca. Czego mu niby brak? Charyzmy? Takiej amerykanie nie widieli od czasu Johna F Kennediego i Martina Luthera Kinga. A tu prosze - dwa w jednym. Orator z niego tez nieprzecietny. Antyteza dynastycznej Clintonowki, antypod imperialnych Bushow. "Nasz czlowiek, swoj chlop". Choc pewnie i to nie do konca potrzebne, bo od McCaina ma ladniejsza fryzure i wlasniejsze zeby. Amerykanom to w sumie powinno wystarczyc do dokonania wyboru.

Lecz nie fryzjerski czy dentystyczny aspekt lansuje sam zainteresowany. On stawia na zmiane. Nie, nie na "zmiane" a na "ZMIANE". Haslo okrutnie chwytliwe, a na dodatek jak ameba plastyczne. Kazdy, kto zmiany od amerykanskiej polityki oczekuje wpisuje sobie swoje wlasne listy zyczen, kazdemu potencjalnemu wyborcy sie zmiana podoba. No... nie kazdemu. Ale tez nie kazdy jest wlascicielem firmy nafciarskiej czy prywatnej armii mordercow do wynajecia.

Amerykanom nie podoba sie. Nie podoba im sie coraz bardziej. Jeszcze pare lat temu bylo przeciez tak cudownie. Co prawda dostali lupnia jedenstego wrzesnia roku pamietnego, ale popedzili wrogom kota, ba, psa i kozy im popedzili. Nie do konca wiadomo jakiemu wrogowi, bo to juz dla amerykanow nieco zbyt skomplikowane, ale popedzili. Amerykanom sie zawsze podoba, jak te bomby w kominy wpadaja. Na dodatek kazdy dostawal nagle pozyczke na dom a juz niedlugo miala byc bezyna za darmo.

Tymczasem nic wlasnie. Tortury i panstwo policyjne zastukalo do amerykanskich drzwi. Pytania niewlasciwe traktuje sie pradem. Banki nbankrutuja od skandalu z subprime a bezyna? Co tu gadac. Obama. ZMIANA. Tak, tak.

Polska prawica (a co ciekawsze i lewica sympatyzujaca z decyzja rebe Kwasniewskiego o udziale w Koalicji Dobrej Woli) patrzy na te amerykanskie sympatie z trwoga. "Ojej" mowia. "Jeszcze jest szansa na MacCainowe zwyciestwo" mowia. "On bedzie mial nasz interes na sercu" mowia. "On nie zdradzi Iraku jak ten pacyfista Obama, on tylko pomoze nam wyzwalac swiat" mowia.

Mam dla was, kochani, DOBRA NOWINE, oparta nie tylko na cynicznym przekonaniu, ze nie ma znaczenia kto jest prezydentem USA (gdyz nie on naprawde rzadzi). Barak Obama wie, kto naprawde wybiera szefa szefow. Pare dni temu zglosil sie na przesluch... spotkanie odbyl z czlonkami AIPAC'u. To taka mala organizacja amerykansko izraelska, ktora ubiera sie w kolory eminentnie szare. Co Barak im powiedzial?

"Jestescie najwazniejsi. Popieram Was. Kocham Was. Sikam na Palestyne, robcie z nia co chcecie. Chcecie nalotu na Iran? Macie jak w banku. Macie jak w banku. Macie jak w banku."

Tak im powiedzial. Prawie doslownie albo i lepiej.

No to czego sie kochani obawiacie?

czwartek, czerwiec 05, 2008

AZJA

LiBing wita mnie szerokim usmiechem.

- Hi, jak Ci minal weekend?

LiBing bardzo sie stara. Jest moim sekretarzem, to znaczy byl, bo anegdota miejsce miala w Chinach i to w poniedzialek (a dzis jest czwartek) lat temu piec. Ale na potrzeby wpisu tego chromole chronologie i smialo pre wprzod... Hola, hola. O czym to bylo? Acha. LiBing sie usmiecha. LiBing mowi. LiBing jest moim sekretarzem, bo mowi po angielsku. Choc smiesznie. Uzywa staro-podrecznikowych archaizmow i slangu sprzed 50 lat. Ot, kiedys dostalem dwa zaproszenia na obiad i nie wiedzialem ktore wybrac... LiBing spojrzal na nie, zajrzal mi w oczy i zapytal "Are you in a pickle now?". Jestem przekonany, ze ostatnia osoba uzywajaca tego okreslenia (bez torturowania wymowy, co tam torturowania... zadrasniecia, podtopienia lub wrzucenia slownika do ubikacji) byl Ben Cosby. I pewnie uzyl go opowiadajac wnuczkom jak ze soba gadali ludzie dwa stulecia wstecz.

- H...hhi... grefumhumfrhhmmmmm... - Odpowiadam grzecznie, jak zwykle, usmiech z odwrotnoscia onomatopei (czyli dzwiekami wyrazonasladowczymi) laczac. To trudne, ten usmiech i te dzwieki. Poniedzialek, psia mac.

- Nie, no, ale dokladniej... Jak ci minal weekend.

- No... dobrze. - Goraczkowo poszukuje jakiejs cenzuralnej czesci weekendu, w wersji dozwolonej dla szerokiej publicznosci bez dozoru rodzicow. - O! - Przypominam sobie zdarzenie sprzed paru tygodni - Bylem w muzeum. No...

- No i co?

- Noooooo... Acha. Muzeum Mebli. - Czuje sie swobodniej, w koncu temat to jak wydaje mi sie, neutrealny - wiesz, tam nie bylo zadnych eksponatow.

- Jak to, nie bylo mebli w Muzeum Mebli?

- Alez nie, byly, ale nie eksponaty a wylacznie repliki, wiesz, meble robione na wzor i podobienstwo... - Zawieszam glos, patrze na niego wymownie, moje oczekiwania na zrozumienie trafiaja w proznie. Zapomnialem, ze slowo uzywane przez chinczykow na okreslenie antycznych mebli, to to samo slowo, ktorego uzywaja gdy mowia o paliwie do kaflowego pieca. - Nie wiem czy rozumiesz, meble, one sa zupelnie nowe, swieze jak chrupiace buleczki... - Znow zle, LiBing zna tylko buleczki gotowane na parze. Bez skorki chrupiacej. - Meble.... Artyzani... Kraftsmeni... Rzemieslnicy stuleci ubieglych... NIC?

- Nic.

- No dobra - przechodze do kontrofensywy - a co u Ciebie? Co Ty w weekend robiles?

- To niewazne - mowi grzecznie LiBing - zupelnie niewazne. - i usmiecha sie grzecznie, sukinsyn.

- Jak to niewazne?

- No tak, ze to ja pisze cotygodniowy raport na Ciebie a nie Ty na mnie.

***

Pytaja sie mnie tacy rozni, jak to jest z tym zyciem w Azji. Jak wygladal moj chinski epizod. Jak okrutnie inni sa kitajce od normalnych ludzi. Odpowiedz jest prosta. Gdy mielismy komunizm - kapowalismy, donosilismy, szpiegowalismy, torturowalismy i mordowalismy opozycje - jak chinczycy. Odmiennie od nich, niewychowanego troglodyctwa, potrafilismy (i potrafimy) trzymac gembe na klodke, a jak kto sie wychylil i chcial sie dowiedziec kto na kogo i co - to sie zaraz robi porzadek i czesc.

Glupie azjatyckie bydlo. Kudy im do nas.

wtorek, czerwiec 03, 2008

OBYWATEL BOLEK



MROCZNA ROCZNICA


"Czyja Polska?"
Ostatnie wystąpienie Premiera Jana Olszewskiego pt:"Czyja Polska?"
4 czerwca 1992 r.

"Gdybym przemawiał dzisiaj rano, to przemówienie byłoby inne. Byłoby pewnie dłuższe, do innych odwołałoby się argumentów, pewnie bym mówił o tym, jaki był start tego rządu, jakie napotykaliśmy trudności, aby choćby ocenić zastany stan rzeczy; ile trudności kosztowało zdyscyplinowanie finansów publicznych na elementarnym choćby poziomie. Ile włożyliśmy wysiłku w przywrócenie normalnych funkcji podstawowym gałęziom tego aparatu. Jaka była linia polityczna rządu i co robiliśmy, aby przygotować całościową reformę - reformę administracji ogólnej i gospodarczej. Jakie zostały przygotowane akty i dlaczego one nie zostały wniesione przed budżetem.

Mówiłbym pewno o tym, że ten rząd, o którym tu tyle mówiono, że żadnego programu nie ma, jeden tylko potrafił sformułować wieloletnie założenia polityki społeczno-gospodarczej, przez ten Sejm nie przyjęte, ale i jedyne, jakie zostały sformułowane i jakie są realizowane, i na których oparty jest budżet, który wy państwo jutro przyjmiecie, bo żadnego innego budżetu, opartego o inne założenia, pod groźbą katastrofy tego państwa i gospodarki nie można skonstruować. I chociaż tego rządu nie będzie, to będzie jego budżet. I przez wiele miesięcy będziecie musieli testament tego rządu wykonywać, bo nie ma innej możliwości. I przekonacie się o tym.

Ale to wszystko powiedziałbym dzisiaj rano. Teraz mówić o tym nie warto, bo nie o to teraz tu chodzi. Bo nie dlatego debatuje się nad tym, aby odwołać rząd natychmiast, zaraz, zanim jeszcze rozpocznie się następny dzień, żeby już go nie było - nie dlatego, że był zły, bo nie dawał sobie rady z gospodarką, nie dlatego, że miał złą linię polityczną, nie dlatego, że nie miał polityki informacyjnej - o czym bardzo dużo mówiono, w czym może i źdźbło prawdy jest. I nie dla stu innych powodów, które tutaj można by było i pewnie byłyby przytaczane, gdyby dyskusja toczyła się w normalnym trybie i w normalny sposób. Tylko dla zupełnie innej przyczyny, przyczyny leżącej w istocie poza rządem.

Kiedy obejmowałem moją funkcję i wcześniej, po wielokroć wcześniej, wiele miesięcy, może lat, wiedziałem, że przyjdzie nam budować nowy system władzy demokratycznej w Polsce, nowy ustrój, nową III naszą Polską Rzeczpospolitą. W sytuacji, kiedy będziemy obciążeni potwornym spadkiem pozostawionym przez tę dziedzinę, ten sektor komunistycznego reżimu, który był jego istotą. A jego istotą był aparat przemocy, był aparat policyjnej przemocy, był aparat policji politycznej. Jak ten aparat pracował, jakie były jego zasady działania - mało kto wie na tej sali tak dobrze, jak ja. Latami mogłem na to patrzeć, występując w obronie ludzi przez ten aparat ściganych. Wielu z nich jest tu dziś na tej sali.

Wiedziałem, jak tragiczne bywają przypadki, losy, fakty. Nikt nie wie tego lepiej ode mnie. Ale też nikt lepiej ode mnie nie wie, jak straszliwy jest ten spadek, jak rozległy, jak wielki, jak straszne może pociągać skutki dla losów jednostek w niego wplątanych, wtedy, kiedy te jednostki biorą udział w kierowaniu życiem politycznym. W warunkach, w których my działamy - jak tragiczne może mieć to skutki dla interesu już nie publicznego, dla interesu narodowego.

Mówiłem to po wielokroć. Wtedy, kiedy mówiłem w roku dziewięćdziesiątym, dziewięćdziesiątym pierwszym, w ruchu obywatelskim, kandydując do Sejmu. Kiedy mówiłem o dekomunizacji, kiedy polemizowałem z teorią "grubej kreski" miałem zawsze w pamięci ten problem. I kiedy objąłem funkcję premiera wiedziałem, że mój rząd musi się z nim zmierzyć. Przyjąłem pewne założenia, wiedząc, jak bardzo jest to problem ważny, jak zarazem trudny, jak ogromnie tragiczny dla wielu ludzi. Więc szukałem, starałem się szukać najlepszego z tego wyjścia. W takich sprawach, w moim przekonaniu, spieszyć się nie należy. Ale byłem w błędzie. Są sytuacje, kiedy trzeba się spieszyć.

Wydałem instrukcje, polecenia kierownictwu resortu spraw wewnętrznych, aby przygotowało akt, który będzie pozwalał bez zakreślenia pewnego czasu, bezboleśnie, możliwie jak najbardziej humanitarnie - wycofać się z życia publicznego ludziom obciążonym tym tragicznym spadkiem przeszłości, bez wystawiania kogokolwiek pod pręgierz opinii publicznej, z zachowaniem wszystkich zasad humanitaryzmu. I z zachowaniem jednocześnie i w tych przypadkach, gdzie sama osobista własna wola, czy własna decyzja zainteresowanych by nie nastąpiła lub była niewystarczająca, stworzenia rzeczywistego, gwarantującego obiektywne rozpoznanie sprawy organu i procedur, które by takie ostateczne rozliczenie zamykające tamten trudny czas i otwierające możliwości normalnego działania w życiu publicznym III Rzeczypospolitej zakończyły.

Nie doszło do tego, chociaż prace nad tym były - jak mnie informowano - zaawansowane. I ja sam muszę się przyznać tu przed Wysoką Izbą, że w natłoku zajęć, których premierowi tego rządu, żadnego zresztą rządu w Polsce, na pewno nie brakuje i nie będzie brakowało, uważałem, że nie warto tracić czasu na czytanie akt zgromadzonych przez dawne służby bezpieczeństwa. I po niczyje akta ani własne, ani moich ministrów nie sięgałem. Jeżeli byłaby sprawa, wychodziłem z takiego założenia, która wymagałaby ostatecznego rozliczenia i zakończenia, odkładałem to do momentu stworzenia takiego właśnie racjonalnego mechanizmu.

To tu, na tej sali padł wniosek, zobowiązujący do zobowiązania resortu spraw wewnętrznych przedstawienia - jak ujmował ten wniosek - listy agentów. To tutaj, na tej sali został on uchwalony. I jego wykonanie, wolą tego Sejmu, obciążyło ministra spraw wewnętrznych. Mógłbym pozostać poza tym. Mnie tam nie fatygowano. Uważałem jednak, że w tej trudnej, prawie beznadziejnej sytuacji, nie mogę uchylić się od współodpowiedzialności. Prosiłem min. Macierewicza o to, aby zostało dokonane nie zestawienie agentów - bo takiego zrobić nikt w resorcie spraw wewnętrznych nie jest władny - tylko zestawienie informacji. Takich, jakie w archiwach można znaleźć.

Wszystko jest zawsze wybiórcze i wszystko może być pomówieniem. Ja o tym doskonale wiem. Dlatego, dlatego podkreślam: po pierwsze - uważałem, że do momentu, dopóki sam Sejm nie zdecyduje, co z tym zrobić, nie można uchylić tajemnicy tych faktów. A po drugie - teraz ja rozumiem ten wesoły śmiech, bo są przecież ludzie, dla których fakt, że coś jest tajemnicą, jest w ogóle niezrozumiały. Ale ja zakładam - zakładałem, miałem prawo zakładać, że w tej Izbie, która gromadzi najwyższe przedstawicielstwo narodowe, takich ludzi nie ma.

I ponadto, starałem się o stworzenie pewnych procedur kontrolnych, w imię czego zwróciłem się do pierwszego prezesa Sądu Najwyższego prof. Adama Strzembosza o podjęcie się funkcji osoby powołującej, tak się mogło wydawać, najbliższy tym sprawom organ, który mógłby dokonać choćby wstępnej pewnego rodzaju weryfikacji. Nic więcej bez woli Sejmu, we własnym zakresie rząd ani premier zrobić nie mogli. Tylko tyle.

Dzisiaj, tutaj, na tej sali, dotarł do mnie dokument, który został doręczony klubom poselskim i udostępniony posłom i senatorom. Dotarł do mnie równocześnie, a raczej o godzinę później niż do was. Z przyczyn, jak zwykle u nas pewnych niedowładów technicznych. Przeczytałem go po zakończeniu rannej sesji. Tak, to jest lektura porażająca. Teraz wiem, dlaczego temu wszystkiemu, co się tutaj dzieje nie mam prawa się dziwić - ponieważ ta lektura była porażająca, jak sądzę, nie tylko dla mnie. Myślę, że czas, który nadchodzi, da odpowiedź na wiele pytań. Rzekłbym, że w tym, co przeczytałem, jest ogromny ładunek ludzkich nieszczęść. Wiem także, że jest w tym ogromny ładunek niebezpieczeństwa dla Polski. Trzeba te dwie sprawy, dwie wartości bilansować, w bardzo trudnym wyważeniu stawiać.

Sądzę, że nie warto tutaj mówić o tym, w jakich warunkach ten rząd działał. Sądzę, że nie warto tutaj mówić o tym, ile jego premier i ministrowie spokojnie znosili potwarzy, pomówień, pogardliwych aluzji - nie ze zwykłej tam prasy brukowej w rodzaju tygodnika "Nie", tylko z takich pozycji i od takich osób, od których naprawdę było to ciężko znieść, a trudno było takie wypowiedzi zlekceważyć.

Ale służba publiczna to nie jest przyjemność. Jeżeli ktoś się jej podejmuje, musi być na wiele gotowy. I nie może to mnie wyprowadzić z równowagi. Jeżeli dzisiaj mówię, że nie składam w tym momencie rezygnacji - mimo że mam tych doświadczeń w ciągu ostatnich miesięcy, a zwłaszcza tygodni serdecznie dosyć - to oświadczam, że nie składam rezygnacji. I z pełną świadomością stawiam przed wami posłowie to zadanie, abyście według własnego sumienia głosowali za lub przeciw odwołaniu tego rządu. Czynię tak w przekonaniu, że od dzisiaj stawką w tej grze jest coś innego niż tylko kwestia, jaki rząd będzie w Polsce wykonywał ten budżet do końca roku.

Że w grze jest coś więcej, że w grze jest pewien obraz Polski, jaka ona ma być. Może inaczej - czyja ona ma być. Jest Polska, była Polska przez czterdzieści parę lat - bo to jednak była Polska - własnością pewnej grupy. Własnością z dzierżawy, może nawet raczej przez kogoś nadanej. Po tym myśmy w imię racji, własnych racji politycznych, zgodzili się na pewien stan przejściowy. Na kompromis, na to, że ta Polska jeszcze przez jakiś czas będzie i nasza i nie całkiem nasza.

I zdawało się, że ten czas się skończył. Skończył się wtedy, powinien się skończyć, kiedy uzyskaliśmy władzę pochodzącą z demokratycznego, prawdziwie demokratycznego, wyboru. A dzisiaj widzę, że nie wszystko się skończyło, że jednak wiele jeszcze trwa i że to - czyja będzie Polska - to się dopiero musi rozstrzygnąć. To się będzie rozstrzygało także w jakiejś mierze, w jakiejś cząstce dziś - tutaj, na tej sali.

Ja chciałbym stąd wyjść tylko z jednym osiągnięciem. I jak do tej chwili mam przekonanie, że z nim wychodzę. Chciałbym mianowicie, wtedy kiedy ten gmach opuszczę, kiedy skończy się dla mnie ten - nie ukrywam - strasznie dolegliwy czas, kiedy po ulicach mojego miasta mogę się poruszać tylko samochodem albo w towarzystwie torującej mi drogę i chroniącej mnie od kontaktu z ludźmi eskorty, że wtedy kiedy się to wreszcie skończy - będę mógł wyjść na ulice tego miasta, wyjść i popatrzeć ludziom w oczy.

I tego wam - Panie Posłanki i Panowie Posłowie życzę po tym głosowaniu."

czwartek, maj 29, 2008

WOJNA NA SLOWA

Kolejna kontrowersyjna ksiazka.

Byly rzecznik prasowy Bialego Domu, Scott McClellan jest jej autorem. Ksiazke dzis skrytykowala Condoleezza Rice a obecny rzecznik prezydencki powiedzial, ze George W Bush jest niesamowicie zdziwiony pogladami wyrazonymi przez bylego sojusznika.

Co McClellan pisze w niej?

Ot, to wszystko, co doskonale wiedzielismy od dawna - wojna z Irakiem jest wynikiem prasowej nagonki niemajacej wiele wspolnego z faktami. Nikt przez chwile nie wierzyl w deklaracje o broni masowego razenia czy udziale Saddama w spisku Al-kaidy. Scott MacClellan uderza w niej nie tylko w opetanego zadza rewanzu Georga W Bush'a, lecz rowniez w dziennikarzy, ktorzy jego klamstwa powielali. Wedlug niego, miast dokonac krytycznej analizy slow prezydenckich - naglasniali "polityczna kampanie propagandowa" uwiarygadniajac ja i nadajac jej moc powaznych argumentow.

Co z tego wynika?

Ano, to tylko, ze jak kazdy przechodzacy na emeryture polityk czy wojskowy w USA, MacClellan natychmiast dolaczyl do "wiekszosci". Do ludzi, ktorzy prawde znaja lub sie jej domyslaja, ale nie maja jej jak naglosnic w mainstreamowych mediach. Nie mowi on nic czego do tej pory sami nie wiedzielibysmy, nie odkrywa zadnych tajemnic, nie powoduje brwi uniesienia. Wyglada troche na skruszonego urwisa, marnotrawnego syna, ktory pismo nosem czujac zmienia strony w srodku bitwy.

Co do tej pory wiedzielismy, wiemy nadal, no... OK, potwierdza nam to ksiazki autor. Wojna z Irakiem jest wojna na zamowienie. Wojna z Irakiem jest wojna dla profitu. Wojna z Irakiem jest nielegalna. MacÇlellan nie mowi tego wprost, do tego potrzeba pewnie kogos o wiekszej odwadze, jak na przyklad... wojskowi, szeregowi i oficerowie wojska USA. Ci, ktorych bagnet jest przedluzeniem stalowki podpisujacej rozkazy prezydenckie. I tu, podobnie jak w Waszyngtonie, wypowiadaja sie najchetniej ci, ktorzy juz na emeryture odeszli, lub zostali z wojska wypisani.

Z ich wypowiwedzi o wiele dramatyczniej rysuje sie obraz grabiezy i zbrodni dokonywanej na narodach irackim i... amerykanskim. Obywatele obu tych krajow sa bowiem ofiarami propagandowych klamstw, przeinaczen, utraty swobod obywatelskich i... mordu.

Sergio Kochergin, snajper piechoty:

"Dowodztwo przypominalo nam, ze wszyscy irakijczycy sa po stronie wroga i, ze musimy im pokazac gwaltem, ze z nami nie ma zartow. Faktem jest, ze niczego innego nie osiagnelismy tam, oprocz pelnego sterroryzowania ludnosci lokalnej. Wielka role odgrywaly tu rozkazy glownego dowodztwa. Wydano nam specjalna bron-podkladki. Najczesciej byly to karabiny kalasznikowa, ktore podrzucalismy cywilnym ofiarom, tak by wygladalo na to, iz zabilismy zbrojnych partyzantow."

"W dwa miesiace po ataku na Irak dostalismy nowe rozkazy - by strzelac do osob z torbami lub lopatami. To zredukowalo potrzebe podrzucania broni. Jako snajper wykonywalem rozkazy bez dyskusji, dopiero pozniej zorientowalem sie, ze biore udzial w mordowaniu cywili. Dowodztwo powtarzalo, ze to co robie jest dobre, opierajac swe rozkazy na domniemywaniej winie i zlych intencjach przeciwnika. Ich logika bylo 'a co by bylo gdyby...'. Zolnierskim obowiazkiem jest wykonywanie rozkazow."

"Pojechalismy tam bez odpowiedniego uzbrojenia. Wiekszosc M-16 byla wyprodukowana w latach siedemdziesiatych, kamizelki kuloodporne byly rodem z Vietnamu, a samochody do transportu wojska - nieuzbrojone. Nikt nie wie gdzie podzialy sie pieniadze przeznaczone na wojne."

"Ci, ktorym uda sie wrocic do cywila, obrzucani sa blotem propagandy. Robi sie z nich slabeuszy i mieczakow, pomocy niema z nikad. Wiekszosc z nas wraca okaleczona. Wierzylismy dowodztwu - i zostalismy oklamani. Pojechalismy na wojne - a wracamy zbroczeni krwia niewinnych. Tu nikt do nas nie wyciaga reki a kolejki do psychiatry sa kilometrowe. Pozostaje nam alkohol i narkotyki, inaczej zyc sie nie daje. Robi sie z nas lekomanow na pierwszej linii frontu, gdzie wojskowi lekarze daja antydepresanty jakby to byly cukierki. Narkomania wsrod wojska jest powszechna. Wielu z nas celowo bierze je, by zostac wyrzuconym z wojska".

"Gdy zawodzi dowodztwo, zawodza lekarze, pomocy jakiejkolwiek brak - zaczyna sie fala samobojstw. Wielu zolnierzy jest na 'samobojczym alercie', czesto jednak w celach propagandowych sa z niego wypsywani, by nie niepokoic spoleczenstwa. Kolega, ktory byl pod obserwacja calymi miesiacami, zostal zdjety z listy tuz przed dniem odwiedzin. Dwa miesiace pozniej zastrzelil sie. Ten zolnierz nigdy nie powinien byc wyslany do Iraku, z powodow propagandowych, by wyrobic norme - pozostal w szeregach. Jesli dowodztwo, do najwyzszzego szczebla, prezydenckiego, nie ma szacunku dla wlasnych zolnierzy - skad ma go miec dla podbitego narodu irackiego?"

sierzant Jason Lemieux:

"Oficerowie dawali wielokrotnie rozkazy strzelania do bezbronnych cywili, jesli ich obecnosc nam niepasuje. Rozkazy te wydane byly w tonie gwarantujacym ochrone szeregowych zolnierzy przez dowodztwo - na wypadek jakichkolwiek reperkusji."

Lemieux od 2003 roku jest oredownikiem wycofania wojsk z Iraku, zeznania, ktore zlozyl sa wedlug niego "czubkiem gory lodowej" i wykraczaja daleko poza brutalne rewizje, intymidacje, brutalne przeszukania, mord ludnosci cywilnej, podrzucanie broni zamordowanym cywilom, rasizm i utrate zdolnosci ocen moralnych polaczona z utrata czlowieczenstwa wsrod wojsk okupanta.

"Kazdy dzien okupacji przynosi nowe zbrodnie" twierdzi dyrektor IVAW (grupa kombatantow z Iraku promujaca natychmiastowe wycofanie wojska i "cywilnych kontraktorow" z iraku oraz wyplacenie reparacji wojennych narodowi irackiemu) "kazdego dnia okupacji ponosimy wine za smierc, kalectwo czy exodus irakijczykow. Kazdego dnia przybywa nam zolnierzy chcacych popelnic samobojstwo."

Kristofer Goldsmith pojechal do Iraku "zabijac Irakijczykow i Islamistow" z zemsty za ich atak z jedenastego wrzesnia 2001. Konfrontacja propagandy wojennej z realiami doprowadzila go do nieudanej proby samobojstwa, relegacji z wojska i przepadku obiecanego funduszu edukacyjnego.

"Nasza obecnosc tam ma na celu tylko jedno - czysty terror i pelna intymidacje. Z pieniedzy uzyskanych ze sprzedazy ich ropy mielismy im odbudowac zniszczony wojna kraj. Nic z tego nie robimy, co wiecej, niszczymy go codziennie jeszcze bardziej."

swoje zeznania poparl seria zdjec z misji humanitarnej do Sard City w roku 2005. ciezkie transportery i czolgi zryly ulice miasta i zniszczyly siec wodociagowa i kanalizacje, doprowadzajac do zmieszania obydwu.

"Nikt nawet nie wspomnial o naprawianiu zniszczen. Nasza obecnosc miala wylacznie wzbudzic strach."

PTSD to syndrom depresyjny na ktory cierpia tysiace weteranow z Iraku. "Glownymi czynnikami wywolujacymi PTSD jest brak zaufania w jakosc sprzetu wojskowego, brak zaufania dowodztwu i brak przekonania o slusznosci misji. W Iraku obecne sa wszystkie niezbedne elementy." mowi sierzant Adam Kokesh. Skrajnym lecz coraz czestszym efektem tego syndromu jest samobojstwo wsrod zolnierzy. Rewelacja stal sie ostatni rozkaz dowodztwa dajacy "sugestie" by zaprzestac diagnozowania PTSD, poniewaz statystyk utajnic sie nie udaje. W emailu z 20 Marca 2008 wylanego z Departamentu do spraw Weteranow mozna przeczytac "W zwiazku z rosnaca liczba weteranow ubiegajacych sie o kompensacje zwiazane z syndromem traumatycznym sugeruje, by powstrzymac sie od diagnozowania PTSD."

Rosnie liczba zolnierzy odmawiajacych sluzby w Iraku. Matthis Chiroux pisze:

"Ta okupacja jest niezgodna z konstytucja i nielegalna. W zwiazku z tym powoluje sie na swe prawo odmowy udzialu w kryminalnym dzialaniu wojennym."

Jak napisalem wyzej - ofiarami bezposrednimi zzbrodni irackiej sa rowniez amerykanie. Mowi matka Patryka Tillmana, gracza NFL, ktory zaciagnal sie ochotniczo do sluzby w Iraku:

"Gdy wybuchla afera z nieludzkimi torturami w Abu Ghraib armia potrzebowala propagandowego poparcia, na skale masowa. Osiagnieto je skladajac w ofierze zycie mojego syna. Byl przeciez tak popularny, byl symbolem, gdy zaciagnal sie do wojska, gratulacje skladal mu Donald Rumsfeld. Zostal zastrzelony przez wlasnych zolnierzy, brutalnie zamordowany w bratobojczym ataku. Maszyna propagandowa uczynila z niego bohaera, ktory przewodzil swoim podwladnym w ataku na pozycje nieprzyjaciol. To oczywista bzdura i klamstwo, detale jego smierci byly znane dowodztwu natychmiast po jego sierci. Podobnie jak wczesniej wykorzystano do celow propagandowych Jessice Lynch, ktora uwolniono dopiero gdy sklecono ekipe telewizyjna, narazajac jej zycie poprzez opoznianie akcji... Jej zycie i zycie mojego syna nie bylo wazne dla dowodztwa. Wazna byla propaganda..."

Scott MacClellan ta propagande uprawial. Na jego rekach jest krew setek tysiecy irakijczykow i tysiecy amerykanow. Jego spozniony glos sprzeciwu jest glosem skierowanym przeciwko machinie ktorej byl kolem zamachowym.

Ech... jak ja nie lubie obludnikow.

piątek, maj 23, 2008

REAKTYWACJA BOHATERA

Kiedys.

Kiedys... zupelnie inaczej bywalo. Bohater noszony byl na rekach rozentuzjazmowanego tlumu. Gdy przemawial - drzeli wrogowie a ludziska klaskali w rece. Gdy walczyl - walczyl uczciwie i z podniesionym czolem. Mlody byl, boski byl. Dzielny.

Tak bylo.

Dzis? Dzis juz tak nie jest. Czas zrobil swoje. Bohater od dekad nie zrobil nic pozytywnego. Ot, probowal, ale... czego sie tknal, nie w zloto sie obracalo. O nie. Sil probowal... i nic. Grozny chcial byc lecz wygldal raczej zalosnie. Zartowac chcial - plaskie mu zarty wychodzily. Nie takie jak kiedys. Stracil klase, stracil blichtr. Stracil "image".

Na dodatek ludziska zaczeli mu sie przygladac uwazniej na codzien. I tu stala sie tragedia. W zyciu bowiem zupelnie, ale to zuplenie nie przypominal bohatera z tamtych lat. Wprost przeciwnie. Gnusny sie zrobil. Tlusty i grubianski. Nieprzyjemny zupelnie. I nudny. Ciagle to opowiadal, jaki to on wazny, jaki wesoly, jaki uroczy... BYL.

Mogl sobie siedziec w zaciszu pieleszy, ale nie. Na swiecznik sie znow pcha, w swiatla reflektorow. To... to nieestetyczne jest. Malo wesole. Farsa a nie komedia. Zalosna farsa, prosze panstwa.

Z szacunku dla dziejow minionych, wspomnien o chwilach radosnych i zeszlorocznych sniegow - z serca calego odradzam panstwu ogladanie najostatniejszego filmu o Indianie Drzonesie.

Naprawde nie warto.